Zakon Świętego Pawła Pierwszego PustelnikaSolus Cum Deo Solo

Ordo Sancti Pauli Primi Eremitae - Zakon Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika

Liturgia dnia

Dziś o powołania i za powołanych modlą się:

Video




TERMINY
rekolekcji

Transmisja z
Kaplicy Matki Bożej
na Jasnej Górze


stat4u

Powołanie » Świadectwa

...


Życie konsekrowane to wielkie misterium wyjątkowego spotkania człowieka z Bogiem. A powołanie na tą drogę zawsze pozostaje tajemnicą dla samych powołanych a tym bardziej dla osób trzecich. Trudno zatem dać świadectwo wydarzeniom, których splot stanowi w życiu danego człowieka o odkryciu powołania i usłyszeniu tego delikatnego głosu Boga, który szepcze: „pójdź za mną”.

Historia mojego powołania nie jest wyjątkowa. Jest podobna do historii wielu moich braci. Wielu z nas może powiedzieć, że to wezwanie usłyszało przez Maryję. To chyba typowe w paulińskich dziejach powołań. Oczywiście źródłem jest zawsze Boży zamysł względem nas, wcześniejszy nawet niż nasze przyjście na świat. Jednak ziemskie koleje powołania rozpoczynają się dla wielu paulinów od oddania w dzieciństwie ich życia Maryi przez zatroskane matki. Czasem były to jakieś poważne zagrożenia, choroby, doświadczenia wojenne, dramaty rodzinne, itp. W moim przypadku dokonało się to trochę inaczej, ale i tak wszystko dla mnie zaczęło się od spotkania Matki Pana.

Byłem licealistą kiedy w moim rodzinnym mieście odbywała się peregrynacja figury Matki Bożej Fatimskiej. Choć od dziecka byłem związany z Kościołem i życiem parafii i pochodzę z bogobojnej rodziny, nie brałem na poważnie myśli o kapłaństwie a już nigdy w ogóle o życiu zakonnym. Nie miałem styczności z żadnym zakonem i wyobrażałem sobie klasztory w średniowiecznych barwach.

Do dziś nie potrafię wytłumaczyć co mną kierowało, kiedy w związku ze wspomnianą peregrynacją, napisałem własny akt zawierzenia się Maryi. Nie potrafię dziś odtworzyć jego treści ze szczegółami, ale pamiętam, że była tam zawarta prośba, by Maryja wzięła całe moje życie i pokierowała nim tak jak sama zechce. Z tym aktem pojechałem na Jasną Górę. W modlitwie odczytałem go przez Cudowną Ikoną, a potem nie wiedząc co z nim dalej zrobić, wrzuciłem go skrzyni na intencje do sobotniej nowenny przed Obrazem.

No i zaczęło się. Pojawiła się dziwna jakaś tęsknota za tym miejscem. Ciągnęło mnie na Jasną Górę. Aż wreszcie przy okazji jednego z wyjazdów, podczas Mszy św. w Kaplicy Matki Bożej, patrząc w oczy Maryi na Cudownym Wizerunku, przyszła do mnie nagła świadomość, taka jakby powiedziana przez kogoś z boku, zupełnie nie pochodząca ode mnie, usłyszałem we własnej głowie myśl: „to jest twój dom, zostań ze mną na zawsze”.

Początkowo wcale mnie to odkrycie nie ucieszyło. Przeciwnie, przeraziło mnie. Starałem się uciec, zagłuszyć w sobie ten głos. Miałem tyle planów i pomysłów na życie, ale z pewnością nie było wśród nich klasztoru. Ta walka trwała dwa lata i była naprawdę cierpieniem. Lęk nie ustępował, ale wzrastało pragnienie pójścia za Chrystusem, wreszcie zwyciężyło. Lęk ustał, kiedy zamknęły się za mną drzwi furty klasztornej na Jasnej Górze. Trafiłem do domu. Nigdy później nie miałem wątpliwości, czy to moje miejsce.

Charyzmat naszego zakonu jest zakorzeniony w tradycji pustelniczej. Naszym patronem jest św. Paweł Pierwszy Pustelnik. Sercem naszego życia jest pielęgnowanie przebywania „sam na sam z Bogiem”, by potem z tym doświadczeniem iść do świata i nieść Chrystusa ludziom. Choć moja droga do paulinów była maryjna, to właśnie w tym charyzmacie odnalazłem się w pełni. Widzę z dnia na dzień coraz bardziej, jak Bóg od początku kształtował mnie ku temu powołaniu.

Paulini są zakonem kontemplacyjno - czynnym. Oznacza to połączenie dwóch wielkich tradycji życia zakonnego w Kościele. Z jednej strony nasza duchowość sięga do ojców pustyni, do ich eremów i poszukiwania Boga w samotności. Z drugiej strony jesteśmy zakonem duszpasterskim. Szczyt tej aktywności to z pewnością wielkie sanktuarium jasnogórskie, które przecież trudno nazwać pustelnią (choć pierwotnie, w XIV wieku, taki był zamiar).

Dziś już nie realizujemy naszego pustelnictwa w sposób fizyczny. Patrzymy na nie duchowo. Eremem każdego z nas jest własne serce, w którym mamy kontemplować Boga. „Sam na sam z Bogiem” - dewiza naszego zakonu jest zawsze aktualna, a w naszych czasach chyba jeszcze bardziej niż w ubiegłych wiekach.

Św. Paweł Pustelnik, nasz Patriarcha, uciekł na pustynię niejako zraniony przez brutalny świat żyjący bezbożnie. To był przełom III i IV wieku. Czy współczesność możemy określić mianem pobożnych czasów? Paweł choć oddalony od miast i ludzi, nie żył egoistycznie. Spędził blisko wiek na modlitwie za świat i za ludzi. Stał się jakby głosem wołającym na pustyni. My, duchowi synowie Pawła z Teb, także odchodzimy od świata, by żyć z Bogiem i Nim napełnieni wychodzić z Nim do ludzi.

Do pustelników z pierwszych wieków chrześcijaństwa przychodzili ludzie prosząc: „abba, powiedz słowo”. Wierzyli, że ci, którzy są sam na sam z Bogiem, mają w sobie słowo Życia. Ludziom wszystkich czasów potrzeba słowa Życia.

o. Marek (w: "Różaniec", nr 2 (752), luty 2015)


Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie myślałem o kapłaństwie od dzieciństwa, nie bawiłem się w księdza i nie była to wizja życia, jaką roztaczali nade mną babcie, mamy czy inne ciotki. Żywot mój dziecięco młodzieńczy nie odbiegał chyba wybitnie od innych rówieśników. Granda, czasem jakieś bójki, piłka nożna, problemy z wychowawczynią(ale bez chamstwa, ot takie drobne dokazywanie). Powołanie to zawsze sprawa intymna, to Bóg przemawiający w mrokach serca, więc ekshibicjonizmu też nie będę uskuteczniał. Odkryję się, ale nie do końca. Na początku muszę nakreślić kontekst życiowy, w którym to się wszystko zaczęło. Jak miałem naście lat(nie pamiętam ile dokładnie) spotkał mnie mały dramat domowy, gdyż moi rodzice się rozwiedli. Przeżyłem niemały zawód i zacząłem obwiniać o tą sytuacje Boga. Prawiłem mu zarzuty, że gdyby był naprawdę, to by do tego nie dopuścił, gdyby rzeczywiście tak mnie kochał, to nie zgodziłby się na takie doświadczenie. Już wcześniej nie widziałem większego sensu w chodzeniu do kościoła, chodziłem, bo tak zostałem wychowany, chociaż czułem też jakąś wewnętrzną potrzebę, ale raczej mnie to nudziło. Po rozwodzie tym bardziej się spiąłem na Boga i niedzielne Mszę Św. zaczęły mnie męczyć. Momentem, który okazał się w przyszłości zwrotnym, był fakt, że w kościele paulinów(ja sam należałem do parafii diecezjalnej, a kościół paulinów był zaledwie kilka minut dalej) miały odbyć się rekolekcję z zespołem 2Tm2,3. Jako, że wychowywałem się od ósmego roku życia na ostrej muzie, a Litza(obecnie Tymoteusz, Arka, Luxtorpeda), były gitarzysta Acid Drinkers, którego słuchałem namiętnie, miał także dawać świadectwo podczas rekolekcji. Postanowiłem, że się tam wybiorę wraz z moim bratem. Poszedłem(to był mój pierwszy raz u paulinów – chyba 2000 rok) i wróciłem zachwycony. Muzycy, którzy byli moimi idolami, siedzieli parę metrów ode mnie, mnóstwo ładnych dziewczyn i klimat, jakiego nie było w innych kościołach, to wszystko mnie kompletnie oczarowało. Jak widać, duchowo tego nie przeżywałem. Po rekolekcjach zapytałem brata czy te ładne dziewczyny przychodzą tu, co niedziele na 20? Odpowiedź była twierdząca, więc od następnej niedzieli zmieniłem kościół, z diecezjalnego na Pauliński. Po jakimś czasie poszedłem do spowiedzi, jak na tamte czasy, była to spowiedź dosyć dojrzała i poważna. Pamiętam dokładnie jako o. Samuel Pacholski wprost mi powiedział, czy nie chciałbym zostać lektorem w tejże parafii, pomyślałem, czemu nie? W następną niedzielę wyszedłem już do ołtarza w albie. Szybko na mnie zwrócono uwagę, bo raz, że byłem dosyć młody(myślę, że 13 lat) a były to msze akademickie(młodzież raczej licealno-studencka), a także z powodu mojej fryzury(miałem włosy krótko zgolone i jednego dreda wyrastającego z boku głowy – jak Roy Mayorga z Soulfly). To, że się wyróżniałem, spowodowało, że jakoś szybciej się skumałem z ludźmi i ojcami i zacząłem się coraz bardziej angażować w parafii. Jakieś dwa lata później miały nastąpić chwilę, które poważnie zaważyłyna kolejach mojego losu. Otóż, podczas nocnej adoracji w Wielki Piątek, na którą udałem się z moim bratem, gdy sobie siedziałem przed Jezusem, nagle do głowy przyleciała myśl – KAPŁAŃSTWO. Taki strzał znikąd. Ja tu modlę się za mamę, tatę i przyjaciół, żadnych refleksji nie czynię odnośnie przyszłości(wczesnej też nie, może oprócz jakiś młodzieńczych marzeń), a tu taka myśl? Zdziwiłem się, ale nie potraktowałem tego na poważnie. Po prostu coś mi się ubzdurało. Przecież nigdy o tym nie myślałem, nie chciałem być księdzem, dziewczyny mi się podobały i życie młodzieńcze, trochę grzeszne mi było w głowie, a nie cnotliwy żywot prezbitera. O zaistniałej sytuacji szybko zapomniałem i wróciłem do hulanek osiedlowo-miejskich, mówiąc trochę enigmatycznie. Jednakże ta myśl, co jakiś czas powracała. Tłumaczyłem sobie to tym, że to, dlatego że to takie dziwne i utkwiło mi w pamięci. I tak to trwało. Nie wiem jak długo, ale z czasem zaczęło mnie to męczyć. Co to w ogóle za myśli? Przecież mnie nic do kapłaństwa nie ciągnie. Trochę to zajmowało mój umysł, więc postanowiłem spytać się któregoś z ojców, o co w tym wszystkim chodzi. Znów padło na Samuela, który powiedział mi, że być może, to Bóg mnie wzywa i żebym się modlił o światło. W międzyczasie zakochiwałem się i odkochiwałem się, nieco błądziłem, to znów wracałem. Pomny na słowa Samuela, pytałem Boga, o co chodzi? Czy on rzeczywiście mnie wzywa? Dlaczego akurat mnie? Życie zaś płynęło dalej. Nie pamiętam dokładnie, kiedy, ale z czasem przyszedł taki moment, że Bóg dał światło. Ciężko to opisać. To był jakiś pokój wewnętrzny, świadomość, że Bóg tego pragnie i w tym będę szczęśliwy. Ta świadomość przyszła chyba w drugiej klasie liceum. Zacząłem nawet przyznawać się do tego przed rodziną i najbliższymi przyjaciółmi. Oczywiście nikt mi nie wierzył, matka była przekonana, że sobie robie jaja, jako że miałem opinię kłamcy i rodzinnego łotra, który ściemnia i kombinuje. Długo wkurzała się na mnie i mówiła, żebym rozmawiał z nią serio. Jednak jak zobaczyła, że tą wersję podtrzymuje, w końcu uwierzyła.  Ja utwierdzałem się w powołaniu, tymczasem żyłem nadal z lekka nie cnotliwie się prowadząc. Myślałem sobie, że nawrócę się w zakonie. A no tak, a dlaczego akurat paulini? To było od początku jasne, jak zacząłem na poważnie myśleć o powołaniu, to od początku naturalne dla mnie było, że paulini. Tam się wychowywałem, tam był w duszpasterstwie, byłem lektorem, znałem ojców i ludzi z tamtejszych wspólnot. Jednakże nie znałem za bardzo charyzmatu, ale to jest jak z dziewczyną. Najpierw się zakochujesz jak ją zobaczysz, a dopiero później zaczynasz poznawać, czym się interesuję etc.  Tak to trwało, aż….w klasie maturalnej fatalnie się zakochałem… Wszystko się wywróciło do góry nogami, ja nie wiem o co chodzi, wiec pytam o co chodzi. Dowiedziałem się, że być może moim powołaniem nie jest zakon i kapłaństwo, ale małżeństwo. Jednakże może to być próba mojego powołania. No i klops. Chodzę, robię podchody, nieudolnie trochę, ona raz mnie zbywa, raz przyciąga. Modlę się sporo:, co mam robić? Przychodzi czas pielgrzymowania przed maturą w marcu na jasną Górę. Jedziemy zawierzyć Matce nasz egzamin dojrzałości, a ja jadę przede wszystkim powierzyć jej moją przyszłość i moje powołanie. Jadę wołać i błagać, aby wskazała mi drogę Pana. Matka dała radę, po powrocie, bo kilku dniach i spotkaniach, zauroczenie zaczyna przechodzić, najpierw stopniowo, potem całkowicie. Znów przychodzi pokój na dalszą drogę. I tak już spokojnie do lipca. W lipcu start. Wyjazd. Pociąg pędzi, świat mi ucieka, odchodzę. Lekko mnie ściska w żołądku, patrzę na ludzi, na przytulające się pary… oj, ciężko, ale staram się nie myśleć. W okolicach dworca ostatni papieros…Ależ mi smakował…  Skałka, szczęść Boże, cześć, graba – Łukasz, Arek, Paweł, Damian, Tadeusz, Ivan(a ten to, kto? Dziwny gość, okazuje się, że Chorwat i wcale nie dziwny, normalny) i 22 piątki przybite. Z 22 rozpoczynających zostało nas 8. Sporo odpadło, no cóż, my trwamy. Idziemy pod wiatr z podniesionym czołem.   TOBIE PANIE ZAUFAŁEM, NIE ZAWSTYDZĘ SIĘ NA WIEKI

PS. Jest moc! Możesz być w pełni szczęśliwy tylko tam, gdzie pośle cię Bóg. Mnie wysłał tu. Jest pięknie, choć bywa też trudno, ale pięknie. Bóg jest naprawdę dobry…

Br.Adam


Świadectwo o powołaniu… hmmm… od czego tu zacząć? Może zabrzmi to trochę zabawnie, ale pamiętam z czasów dzieciństwa, oprócz innych zabaw właściwych dziecięcemu wiekowi, zabawy „w księdza”. Nigdy jednak nie interpretowałem tych zabaw jako czegoś, co świadczyłoby o moim powołaniu do służby Bogu. Znam bowiem takich, których Bóg obdarzył powołaniem, choć nigdy nie bawili się w ten sposób i odwrotnie. Pamiętam z tego czasu dziecięcej beztroski marzenia o byciu księdzem, choć nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co było powodem takich marzeń, co pociągało mnie w byciu księdzem, co było takie imponujące… być może bycie ministrantem i bliskość ołtarza nie są tu bez znaczenia. Czas szkoły średniej i początek studiów to czas bycia poza domem, poza parafią, czas nieobecności myśli o kapłaństwie czy życiu zakonnym, choć nie oznacza to odejścia od Kościoła, od Boga. To czas wiary takiej tradycyjnej, wyniesionej z domu, przekazanej przez rodziców. Stało się , zapewne nie przez przypadek, że na trzecim roku studiów w Krakowie zamieszkałem na Skałce w bloku przy ul. Paulińskiej, naprzeciw którego, niejako za murem, mieści się paulińskie seminarium. Podkreślam, że nie był to przypadek, bo sposób, w jaki znalazłem się w tym właśnie miejscu, ma swoją historię. Wtedy właśnie poznałem OO. Paulinów, zacząłem uczęszczać na spotkania Duszpasterstwa Akademickiego prowadzonego przez nich oraz korzystałem z posługi sakramentalnej u jednego z nich. Tak zaczęła się moja przygoda z Paulinami. Czas studiów, a zwłaszcza 3 rok, był czasem odkrycia Biblii, jej wartości, sensu, znaczenia dla życia człowieka, czasem pewnej fascynacji Biblią; to czas odkrycia chrześcijaństwa jako czegoś żywego, co nie jest tylko zestawem prawd, lecz doświadczeniem Boga w życiu; to czas odkrycia na nowo relacji międzyludzkich, przyjaźni, czas wspólnego bycia razem, odpoczynku, modlitwy. Po trzecim roku studiów – no właśnie, jak to nazwać? – „poczułem”, że Bóg zaprasza mnie do poświęcenia się Jemu właśnie w Zakonie Paulinów. Nie potrafię tego „poczułem” inaczej nazwać, wyrazić, opisać przy pomocy znanych mi pojęć – to jest przekonanie, którego nie sposób uzasadnić. To trochę tak jak wówczas, gdy młody chłopak spotyka dziewczynę i „czuje” (nie mam tu na myśli zapachu perfum), że to właśnie ta i żadna inna, choć nie potrafi powiedzieć, dlaczego właśnie ta. To jest wezwanie Boga, któremu nie można się oprzeć, choć nie ma ono w sobie nic z przymusu. W takiej sytuacji miałem ochotę przerwać studia, lecz, za radą ludzi mądrzejszych ode mnie, udało mi się je skończyć. Obroniłem pracę magisterską 7 lipca, a w tydzień później, 14 lipca rozpocząłem prenowicjat w Zakonie Paulinów w Krakowie na Skałce, gdzie wcześniej mieszkałem przy ul. Paulińskiej przez 3 lata. Bogu niech będą dzięki za to, że przez takie zwyczajne i prozaiczne wydarzenia, doprowadził mnie do tego miejsca, które On sam wybrał dla mnie…

br. Paweł


W szkole średniej nie zastanawiałem się nad sprawą powołania, choć pochodzę z religijnej rodziny. Byłem dobrym uczniem, realizowałem swoje muzyczne pasje z powodzeniem (i na pewno z Bożym błogosławieństwem). Myślałem, że skoro mogę realizować się w moich zainteresowaniach, to Bóg chce abym taką drogę wybrał, dlatego zdecydowałem się na studia muzyczne. Pierwszy rok studiów był dla mnie czasem modlitwy intensywniejszej niż wcześniej, bardziej osobistej niż miało to miejsce w domu rodzinnym. Wtedy zrodziła się we mnie chęć pojechania na jakieś rekolekcje w czasie wakacji. Dziwnym trafem, czy raczej zrządzeniem Boskim, nie mogłem znaleźć dogodnego terminu, oprócz paulińskiej powołaniówki na Bachledówce. Nie chciałem jechać na rekolekcje powołaniowe, bo byłem przekonany, że wiem, co chcę w życiu robić i czego Bóg ode mnie oczekuje. Zdecydowałem się jednak na wyjazd z takim nastawieniem, że nie pojadę szukać powołania, a po prostu, aby zbliżyć się do  Boga. Na rekolekcjach owocnie przeżywałem konferencje, Słowo Boże przemawiało do mnie mocno, jednak przełomem była osobista modlitwa w kaplicy na Bachledówce. Nie myśląc o rozeznawaniu powołania zdobyłem się wtedy na to, że szczerze wyraziłem swą zgodę na wszystko, co Bóg dla mnie przygotował. Wtedy po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl o kapłaństwie i pozostała głęboko w sercu, poruszając mnie całego i zmieniając całkowicie moje postrzeganie przyszłości. Za radą ojca prowadzącego rekolekcje zdecydowałem, że trzeba nadal rozeznawać powołanie, dać sobie czas – przynajmniej tyle ile potrzeba na zamknięcie dotychczasowego etapu studiów (czyli dwa lata). W tym okresie modliłem się o rozeznanie powołania, czasem nawet spierałem się z Bogiem, bo miałem inne plany, niż to, co On dla mnie przygotował – zawsze jednak po takiej zbuntowanej modlitwie otrzymywałem pokój i umocnienie w decyzji o wstąpieniu do zakonu. Bóg umacniał mnie wewnętrznymi natchnieniami, oraz zewnętrznymi wydarzeniami, które z pomocą spowiednika interpretowałem jako znaki przemawiające za autentycznością powołania do paulińskiego zakonu. Nie były to jakieś szczególne, niespotykane sytuacje, ale dla mnie na tyle czytelne, że zaufałem Bogu i wstąpiłem do zakonu, w którym jestem od ponad czterech lat i nadal utwierdzam się w decyzji kroczenia drogą rad ewangelicznych.

Br. Tadeusz


Moja Ziemia Obiecana

W całej historii zbawienia Bóg objawiał się przez konkretne wydarzenia. Tak było w przypadku wielu postaci Biblijnych: Abrahama, Izaaka, Jakuba, Mojżesza, Dawida, itd. Tak też było w przypadku całego narodu Izraelskiego, który Bóg wyprowadził pośród cudownych znaków z niewoli egipskiej i wybrał go sobie na własność. Tak było również i w moim życiu. Bóg wybrał mnie jeszcze zanim się narodziłem. Bóg działał w moim życiu tak samo jak działał w życiu patriarchów i dalej działa nie tylko w moim życiu, ale także w życiu każdego z nas. Bóg wielu powołuje, ale niewielu dostrzega Jego wezwanie, które płynie ze źródła Jego miłości. Przełomowy moment w moim życiu nastąpił wtedy, kiedy sobie to uświadomiłem. Pierwszym momentem, w którym dostrzegłem, że Bóg działa w moim życiu w sposób wyraźny i konkretny był czas mojego przyjazdu do USA. Byłem wtedy jeszcze młodzieńcem. Wyemigrowałem do USA z moją rodziną. Był to moment krytyczny w moim życiu. Musiałem, jako niemalże dzieciak, pozostawić moje najbliższe otoczenie, szkołę, kolegów, przyjaciół, moją ojczyznę – cały mój świat. Wszystko się nagle zawaliło. Kiedy o tym myślę przypomina mi się historia patriarchy Abrahama i moment jego powołania przez Boga: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię, bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem” (Rdz 12, 1-2). I rzeczywiście ten mój „nowy kraj” okazał się dla mnie błogosławiony. Nie tyle w sensie materialnym, co raczej duchowym. To właśnie tam, Bóg przyprowadził mnie do Siebie i do Kościoła. To właśnie tam, zacząłem traktować moją wiarę na serio. Kiedy mieszkałem jeszcze w Polsce moja religijność ograniczała się jedynie do „odstania”  raz w tygodniu 45 minut w zimnych murach kościoła. Moje początki w Stanach były bardzo trudne. Nie mogłem odnaleźć się w nowej, obcej jeszcze dla mnie kulturze. W nowym otoczeniu czułem się jakiś taki zagubiony i wyalienowany. Przyczyniał się do tego także problem nauczenia się nowego języka. Doskwierała mi także ogromna tęsknota za ojczystą ziemią. Jednak w tych trudnych momentach zacząłem dostrzegać, że Bóg działa w moim życiu i że jest przy mnie. Że moje cierpienie nie jest Bogu obojętne. Kiedy wreszcie otworzyłem się na Boga, zacząłem słyszeć Jego wezwanie: „Pójdź za mną!” Bóg posłużył się tą moją tęsknotą za własnym krajem, aby przyprowadzić mnie do Kościoła i do Siebie. I tak też się stało. Przemienił On moją tęsknotę za ziemską ojczyzną w tęsknotę za tą w niebie. Zacząłem pragnąć Boga i bliskości z Nim. Dał mi obietnicę nowej Ziemi Obiecanej. Dziś już nie jest dla mnie istotne gdzie będę czy w jakim kraju będę mieszkał. Dziś już wiem że moją umiłowaną ojczyzną, za którą tak zawsze tęskniłem jest Bóg i że ta moja tęsknota może być zaspokojona tylko w głębokiej relacji z Nim, „Ja jestem Bogiem Wszechmocnym. Żyj ze Mną w zażyłości i bądź bez skazy” (Rdz 17, 1). Mój kraj jest tam gdzie jest mój Bóg, tam gdzie On mnie pośle, abym stawał się, tak jak Abraham, błogosławieństwem dla innych. „Dokądkolwiek pójdziesz, tam i ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam i ja zamieszkam, twój naród stanie się moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem” (Rt 1, 16).

Br. Tymoteusz