Zakon Świętego Pawła Pierwszego PustelnikaSolus Cum Deo Solo

Ordo Sancti Pauli Primi Eremitae - Zakon Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika

Liturgia dnia

Dziś o powołania i za powołanych modlą się:

Video




TERMINY
rekolekcji

Transmisja z
Kaplicy Matki Bożej
na Jasnej Górze


stat4u

Powołanie » Czytelnia » Życie konsekrowane » Czy zamknięci za klauzurą, odcięci od komórek i Internetu chłopcy mogą być szczęśliwi? A może tylko udają?

Spacerowałem kiedyś po Poznaniu z Robertem, młodziutkim nowicjuszem dominikańskim. Wcześnie otrzymał habit. Święty Dominik rozsyłał braci tuż po poznaniu, więc nowicjusze już po kilku tygodniach oblekają białe szaty. Gdy ludzie mijali nas, kłaniali się Robertowi: Niech będzie pochwalony... Odpowiadał, spuszczając wzrok, czerwienił się. – Kurka, jeszcze miesiąc temu łaziłem na mecze, na imprezy. A teraz? Gdy wszedłem do dentysty, a ludzie przepuścili mnie bez kolejki, pomyślałem: coś się zmieniło. Albo wszyscy biorą mnie za kogoś innego, albo ja już jestem inny?

Od dawna chciałem napisać o nowicjacie. Fascynowało mnie radykalne przejście od świata nieustannych promocji, komórek, Internetu, szczerzących zęby aktorów w telewizyjnych reklamach do świata ciszy, modlitwy, ogołocenia i codziennej orki. Pojechałem do Leśniowa.

Pasztet, trąbki. Jutrznia

W kaplicy słychać tykanie zegara. W jego tarczy odbijają się rozmodlone twarze. Ciszę przerywa równa, pełna oddechu modlitwa. Ponad dwudziestu chłopaków z paulińskiego nowicjatu modli się razem już od kilku miesięcy. Ich śpiew jest pełen harmonii. Nikt nie wyrywa się przed szereg. Za oknami blady świt. W kaplicy modlitwa. Pół godziny, godzina. Sięgam po leżący na ławce tomik biblijnych rozważań. „Słowo określające Boga Ehad – znaczy Jeden, Jedyny, ale też samotny, oddzielony” – czytam. Bóg jest oddzielony. Przede mną dwudziestu młodych facetów. Są oddzieleni. Samotni. Podobni do Boga? Są odcięci od netu, komórek. (Co mam zrobić z rękami? Wiesz, ja zawsze wysyłałem SMS-y. To był nawyk. Teraz widzę, jak byłem zniewolony). – Po roku dostaniecie wszystko z powrotem – uśmiecha się ich magister o. Maksymilian. – Ale teraz wytrwajcie.

Śniadanie. – Mam czuwanie w kaplicy o pierwszej w nocy. Budzi mnie Adam. Ale czy mu się uda? – śmieje się George. Trafił tu z Nowego Jorku. – Mmm, ten pasztet jest o niebo lepszy niż nasz, amerykański – opowiada kolegom. Dziś wyjątkowo mogą pogadać. Zgodził się na to o. Zbigniew, przeor. Zazwyczaj jedzą posiłki w całkowitym milczeniu. Po śniadaniu ciszę rozrywa ostry dźwięk trąbki. Alarm? Nie. Olek, Błażej i Łukasz ćwiczą grę. Idzie im coraz sprawniej. Daleko im do Tomasza Stańki, ale przecież zaczęli grać dopiero tu, w zakonie. – Ćwiczymy na pawełki. – Na co? – Na uroczystość św. Pawła, naszego patrona. Będziemy grali w kościele. Rozpoczyna się wykład. – Przychodzi rodzina i mówi: Nie masz tu żadnych pieniędzy, o wszystko musisz się pytać. Jesteś szczęśliwy? Możesz to udowodnić? Przy tablicy Paweł, Słowak, nieśmiało tłumaczy: – Powiem im, że nie jestem już taki jak kiedyś.

Nie brakuje mi Internetu, nie przeszkadza mi wstawanie o 5.40. – Czy da się przekonać sceptyków, że tu, za murem, chłopcy są szczęśliwi? – myślę. – Ich matki na wieść o wyborze syna często wpadają w histerię, ojcowie czasami dzwonią do klasztoru z pretensjami. Czy da się ich przekonać? Z rozmyślań wyrywa mnie głos prowadzącego zajęcia zakonnika: – Chłopcy, jeśli nie będziecie mieli relacji z Jezusem, odpadniecie. – Można udawać superpobożnego – dodaje magister, o. Maksymilian. – Ale prawda i tak wyjdzie na jaw. Zdanie magistra to świętość. Nowicjusze słuchają go we wszystkim. Gdy wchodzi do sali, wstają. To on zarządza co dwa miesiące „wędrówkę ludów”: zmianę cel i współlokatorów, to on zmienia chłopakom obowiązki. Każdy może zostać rolnikiem, zakrystianinem, krawcem, furtianem.

Często nowicjusze robią rzeczy, których nigdy wcześniej nie wykonywali. Kto wychowany na blokowisku deptał kapustę, piłował drzewo, kosił łąkę? – Siedzimy w ciszy, trwają czytania duchowe, a tu wpada kolega i krzyczy: Panowie, pomóżcie, świnia mi uciekła. Goniliśmy ją z miotłami w szóstkę. Ale wróciła – śmieją się chłopcy.

Mają szczęście: ojciec Maksymilian zrobi wszystko, by nie stać się dla nich idolem i nie przesłonić im Jezusa. Zbyt dużo przeżył. – Nowicjat to czas, w którym człowiek rozkochuje się w zakonie, poznaje jego charyzmat – opowiada. – To narzeczeństwo, poznanie realiów. Chłopcy często są rozczarowani: to pustelniczy zakon? Samotność jest u jego fundamentów? To skok na głęboką wodę. Ale oni to mimo wszystko nieźle przeżywają. Fascynacja czymś nowym zastępuje lęk. A w pierwszych dniach Bóg daje bardzo dużo pocieszenia, sporo cukierków. Rozkochuje ich w sobie.

Superniania, piłkarzyki. Modlitwa w ciągu dnia

Rodziny mogą odwiedzić chłopaków trzy razy w ciągu nowicjatu. Rozmawiają przez godzinę. – Ciocia Krysia jest chora, tata pomalował pokój, Ania dostała piątkę z biologii – opowiadają rodzice. Chłopcy kiwają głowami, ale myślami są za pobliskim murem. Co robią teraz bracia? Grabią liście? Grają w piłkę? Klęczą w kaplicy? Można pogadać telefonicznie przez 10 minut na miesiąc. – Pojechałem na urlop – opowiada jeden z chłopaków – miałem być w domu przez trzy dni. Hurrra! – cieszyłem się na początku. A potem marzyłem tylko o tym, by wrócić do braci, do zrywania się o świcie, do noszenia cegieł, do wspólnego Różańca. Dziwne?

– Rozumiem go – dopowiada magister. – Mama ścigała go na każdym kroku: brakuje ci czegoś syneczku? Nie wiedział, gdzie się schować. Bo w domu ciągle był syneczkiem, a w nowicjacie już trochę dojrzał. – Przeraża cię regulamin? – śmieje się o. Maksymilian. – Ostatnio oglądałem w telewizji program „Superniania”. Pierwszą rzeczą, którą zrobiła, ustawiając szalejące do granic możliwości maluchy, było ustalenie harmonogramu: o siódmej wstajemy, o dwudziestej zasypiamy. Bez tego wszystko się rozsypie. – To świetnie, że dzwonek wzywa nas do modlitwy, a wszystko jest poukładane. Już za rok sami będziemy musieli wyrywać czas na modlitwę. Nikt nas nie zawoła – wtrąca Adam.

Siedzimy w salce rekreacyjnej przy stole bilardowym. Kilkunastu chłopaków. Ilu z nich zostanie zakonnikami? Ilu po cichu wymknie się, wstydząc się spojrzeć w oczy kolegów? Jak przed miesiącem. Jeden z nich wyszedł w czasie wspólnego Różańca. Chłopcy myśleli, że poszedł do ubikacji, ale gdy zobaczyli, że w refektarzu nie ma już jego talerza, ścisnęło ich w gardle. – Poczuliśmy, że odszedł brat. Nie obcy. Brat – mówią.

Nowicjat skończy się na początku września. Władze zakonu po długiej modlitwie rozeznają, który z chłopaków ma powołanie. To czas drżenia – opowiada o. Maksymilian. Ale nie czas na troski. Trwa rekreacja: ponad godzina dziennie poświęcona na gry, zabawy. Chłopcy muszą się nauczyć wykorzystywać czas razem, we wspólnocie. Grają w piłkę (na szafie sporo zdobycznych pucharów), w bilard, piłkarzyki. Godzina to sporo. W sam raz, by odsapnąć. Rzadko oglądają telewizję. Zwycięski mecz z Portugalią widzieli dopiero… po miesiącu. – Ale darliśmy się tak, jakbyśmy oglądali go na żywca – śmieją się.

Nocna wędrówka. Kompleta

– Łaskiś pełna, Pan z Tobą – modlą się chłopcy. – Łaska to noc – wyjaśnia o. Augustyn Pelanowski, który do niedawna pracował w tutejszym nowicjacie. – Ciemna noc, w czasie której młody chłopak kładzie się spać, a wstaje jako dojrzały mężczyzna. Tu, w nowicjacie, chłopcy mają ogromną szansę przeżyć tę łaskę: wydorośleć. – Kiedy poczułem się tu jak w domu? Po spacerze. Gdy w nogach miałem dwadzieścia kilometrów, zwaliłem się na wyrko i pomyślałem: Nooo, nareszcie u siebie! – śmieje się George. – Wczoraj przez kilka godzin chodziliśmy po okolicznych polach – dodaje magister. – Na przełaj. Weszliśmy w gęstą jak śmietana ciemność. Nad nami gwiazdy. Nagle słyszę: pomogę ci, daj rękę. Idziemy w grupie skurczeni, przestraszeni. Wdrapujemy się na górę, a tam widok, który zapiera dech w piersiach: księżyc w pełni, otoczony równiutkim wianuszkiem chmur. Chłopcy otworzyli usta ze zdziwienia. Do tej pory wieczorami ślęczeli przed ekranem komputera albo telewizora. Policzyłem sobie, że z nowicjatem przemierzamy aż 1500 kilometrów rocznie.

22.15. Spać! W celach obowiązuje cisza. – Panowie, ale szczerze, nie korci was, żeby po cichu pogadać? – Jasne, że korci. Ale chcemy być posłuszni. Gdy złamiemy drobny punkt regulaminu, łatwo potem polecieć na całego – opowiadają. – Nie wierzysz? A uwierzysz, że znajdujemy szczęście podczas zbierania siana albo piłowania drzewa? W odmawianiu zdrowasiek albo zrywaniu się o świcie?

Marcin Jakimowicz
Gość Niedzielny 01/2007